Sunday, July 6, 2014

Chrześcijaństwo w książce "Kamień Przeznaczenia" Barbary Wood

Jakiś czas temu na półce z książkami w jednym z marketów znalazłem fascynującą książkę pt. "Kamień Przeznaczenia" autorstwa Barbary Wood. Długo czekałem na taką lekturę. Szukałem powieści, która nie będzie fantastyką, a jednocześnie jest fabuła będzie głęboko metaforyczna, a autor poprzez historię, którą opowiada, będzie mnie pouczał. "Kamień Przeznaczenia" posiada wszystkie te właściwości.

Jeden z rozdziałów, które tutaj nazywane są Księgami, opowiada historię rzymskiej arystokratki - Amelii. Przyjaciółka bohaterki - Żydówka z urodzenia, nawraca się na chrześcijaństwo. Ich przyjaźń wciąż trwa, pomimo że Amelia wciąż pozostaje poganką. Uczęszcza jednak na spotkania organizowane przez wyznawców Jezusa, słucha ich modlitw, jest świadkiem nawróceń, chrztów. Wspólnotę w Rzymie odwiedzają apostołowie Piotr i Paweł. Amelia nie czuje się jednak przekonana przez ich naukę. Piotr skupia się na kwestii przestrzegania Prawa Mojżesza i tradycji, Paweł zagłębia się w zawiłe kwestie teologiczne. W końcu następuje przełom. Grupę chrześcijan odwiedza kobieta, która była świadkiem publicznej działalności Jezusa z Nazaretu, widziała Jego cuda, słuchała Jego nauk, widziała Jego codzienne życie. Tą kobietą jest Maria z Magdali, zwana Marią Magdaleną. Na spotkaniu wspólnoty opowiada ona po prostu o Jezusie. Amelia doznaje wtedy swego rodzaju objawienia. Wyobraża sobie wszystkie sceny opisywane przez mówczynię. Daje się ochrzcić i zostaje uczennicą Jezusa.

Bardzo spodobał mi się ten fragment. Pokazuje on inną stronę chrześcijaństwa, oblicze które ostatnio bardzo polubiłem. Znakomita większość chrześcijan, których znam to teologowie. Nie chodzi mi o to, że mają ukończone szkoły i są uczonymi. Mam na myśli ich sposób pojmowania Ewangelii. Biorą Biblię, czytają fragment, rozkładają go na czynniki pierwsze, rozważają zdania, pojedyncze słowa. Analizują, analizuję i analizują. Wyciągają wnioski. To wszystko jest niezwykle suche i bez życia. Amelii coś takiego nie poruszało. Wstrząsnęła nią natomiast zwykła, prosta, ale niezwykle żywa historia o życiu Jezusa opowiedziana przez kobietę. Relacja Marii Magdaleny narysowała w sercu Amelii Jezusa tak jakby był przy niej. To zmieniło serce rzymskiej arystokratki. Tym właśnie powinno być chrześcijaństwo: codziennym ożywianiem Jezusa w sercach wyznawców.

W międzyczasie autorka "Kamienia Przeznaczenia" opisuje, jak wyglądało chrześcijaństwo w swoich początkach w Rzymie. Nie była to jednolita, spójna nauka. Nie było katechizmu, z którego płynęła jedna, normatywna nauka, w którą każdy był zobowiązany wierzyć. Wśród chrześcijan krążyło wiele różnych nauk. Nie byli zgodni co do wielu kwestii. Doktryny wzajemnie się przenikały, uzupełniały, dyskutowano o nich. Nie przeszkadzało to jednak chrześcijanom żyć w jedności, spotykać się razem, nie rodziły się gwałtowne spory. Dzisiaj jest inaczej. Mamy setki różnych wyznań, które niestety nie potrafią się zjednoczyć. Każdy uważa, że prawda jest po jego stronie i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że jednocześnie każdy zwalcza odmienne opinie.

Pierwsi chrześcijanie nie mieli tego problemu. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego. Zdałem sobie sprawę, że było tak, ponieważ najważniejsza nie była dla nich doktryna teologiczna, tylko życie, jakie przyniósł z nieba Mesjasz. Cieszyli się wzajemną relacją, wspólnotą, wiarą, nadzieją, miłością, Bożą opieką, przebaczeniem. To było najistotniejsze. Zgodnie z tym, czego uczył Jezus "nie przecedzali komara, połykając przy tym wielbłąda", co robią dzisiejsi chrześcijanie. Drobiazgowo analizują doktryny, a zatracają przy tym to, co w chrześcijaństwie jest najważniejsze.

Wszystkim chrześcijanom życzę, aby mieli to, co mieli ich bracia i siostry w wierze w samych jej początkach...


Saturday, January 26, 2013

Moc świadectwa. Świadectwo protestanckie

Chrześcijańska, a najbardziej protestancka, część moich odbiorców już po samym tytule mniej więcej spodziewa się, o czym będzie wpis. Reszta nie ma pojęcia, co mam na myśli pisząc "świadectwo"...

Otóż, dla chrześcijan "świadectwo" to żargonowe określenie historii, opowiadającej o tym, jak to ktoś stał się "prawdziwie" wierzący, przy czym "prawdziwie" będzie dla każdego odłamu chrześcijaństwa znaczyło co innego. Najprościej mówiąc: "prawdziwie" wierzący chrześcijanin to taki, który należy do mojego odłamu.

Protestanckie świadectwa to historie konwersji na protestantyzm ogólnie, a w szczególności na specyficzną odmianę protestantyzmu, która nazywa się chrześcijaństwem ewangelicznym. Jest mowa o tym, jak ktoś był ateistą, katolikiem, Żydem, muzułmaninem, hindusem lub narkomanem, pijakiem, seksoholikiem i stał się protestantem. Zasada jest taka: im bardziej spektakularna jest opowieść, tym lepiej. Taką przynajmniej zasadę zauważyłem, będąc członkiem dwóch protestanckich kościołów i gościem wielu więcej. Zwróciłem uwagę na to, że jeśli ktoś był po prostu normalnym człowiekiem, prowadził się moralnie, a następnie spodobała mu się doktryna protestancka i z tegoż powodu przyłączył się do tego odłamu, ma niewielkie szanse na stanie się większym autorytetem w sprawach wiary dla członków swojej wspólnoty. Największym autorytetem (a ocenę tę opieram wyłącznie na moich obserwacjach) cieszą się ludzie, którzy zanim stali się "prawdziwymi" chrześcijanami byli: alkoholikami, narkomanami, czarownikami, członkami zorganizowanych grup przestępczych, byli uzależnieni od pornografii, seksu, hazardu, itp. Świadectwa takich ludzi będą głoszone z kazalnic, jak również kolportowane w postaci artykułów, książek i broszur, będą w telewizji, będą chodzić po szkołach. Jednym słowem: to oni będą stać na świeczniku. Jeżeli natomiast ktoś, jak już wspomniałem, żył w sposób uczciwy, pokojowy, zgodny z prawem i dobrymi obyczajami, podzieli los szarej myszy pod miotłą - nie będzie miał żadnego konkretnego udziału w rozwoju teologii swojej wspólnoty.

Protestant, czytający to, co teraz pisze, pewnie użyje trzech koronnych argumentów przeciwko temu, co mówię.

Po pierwsze, powie, że ludzie z ciemną przeszłością "dzielą się swoimi świadectwami", aby oddać chwałę Bogu za to, że zmienił ich życie i pokazać innym ludziom, jakich cudownych rzeczy Bóg może dokonać.

A ja odpowiem w ten sposób:

Słusznie, należy na przykładzie ich historii pokazywać ludziom, że Bóg potrafi wyciągać człowieka z tarapatów, leczyć go z nałogów, zmieniać jego charakter. Jestem za. Nie wolno jednak popadać w skrajność, polegającą na tym, że posługa kaznodziejska staje się wyłączną domeną ludzi z pogmatwaną przeszłością. Z takim status quo jest kilka problemów. Po pierwsze, kiedy przywódcy składają się prawie wyłącznie z ludzi o trudnej przeszłości, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że wspólnota będzie prowadzona tak, jakby wszyscy taką przeszłość mieli. Wszystkich będzie się traktować jak byłych narkomanów, alkoholików i bandytów. Po drugie, sprawia się wrażenie, że możliwość publicznego przemawiania w kościele jest nagrodą za picie, ćpanie i problemy z policją w "starym życiu". Po trzecie, epatowanie złem minionych dni jest rodzajem kultu grzechu.

Drugi argument protestanta, który czyta te moje wywody, jest następujący: "A dlaczego tak ci zależy na tym, by ludzie, którzy przed nawróceniem (na protestantyzm - przypis mój) nie mieli w życiu większych kłopotów, byli na świeczniku? Chrześcijanin nie powinien dążyć do takich rzeczy. Tacy ludzie mogą się modlić o tych, którzy zajmują się kaznodziejstwem".

Częściowo odpowiedziałem na to w swojej odpowiedzi na pierwszy argument. Dodatkowo powiem tak: Widzisz, protestancie drogi, Tobie może zależeć na upychaniu kazalnic ludźmi z podejrzaną przeszłością, a mi nie może zależeć na umieszczeniu na świeczniku ludzi, którzy całe życia starali się być w porządku? Stosujesz podwójne normy i ten Twój argument jest klasycznym "odwracaniem kota ogonem". 

Trzeci argument dyskutującego ze mną protestanta jest taki: "Fakt, że ktoś nie miał kłopotów z nałogami, prawem i dobrymi obyczajami, nie oznacza, że nie był pogrążony w innych, niewidocznych grzechach" (Dla niewtajemniczonych dodam, że protestanci uważają, że człowiek grzeszy tysiące razy w ciągu dnia, o 90% swoich grzechów nie ma zielonego pojęcia, co i tak nie zmienia faktu, że jest upadłym grzesznikiem, i choćby nie wiem, jak bardzo nad sobą pracował, to i tak będzie grzeszył tysiące razy w ciągu dnia). A ja odpowiem krótko: "Skoro był pogrążony w niewidocznych grzechach, to dlaczego go nie wciskacie do telewizji i innych środków przekazu, jak to robicie w przypadku były narkomanów, alkoholików i bandytów, i nie pozwolicie mu oddać chwały Bogu za to, że wyciągnął go z ogromu tych grzechów?". Na to moje pytanie najczęściej nie ma odpowiedzi...

Atanazy i jego kanon Biblii


O co w ogóle chodzi? Już tłumaczę, ponieważ nie każdy odwiedzający tego bloga musi wiedzieć, z czym należy skojarzyć słowo "kanon".

Słowo "kanon" oznacza (pośród wielu innych jego znaczeń) ustalony przez kościół zbiór ksiąg, który ten kościół uznaje za natchnione, a raczej za podane przez Boga. Słowo "kanon" odnosi się więc do składu Biblii, czyli Starego i Nowego Testamentu.

Kanonów u zarania dziejów chrześcijaństwa było wiele i różniły się od siebie. Ciekawych odnoszę do interesującego artykułu http://watchtower.org.pl/iszbin/kanonNT.htm.

Tekst mówi o tym, jak bardzo różne księgi były uznawane za natchnione lub odrzucane w różnych częściach chrześcijańskiego świata. Przyszedł jednak czas, że grupa ludzi wymyśliła sobie, że te a nie inne księgi są dobre, a pozostałe są albo podejrzane albo całkowicie złe. Pogląd ten został wyrażony XXXIX Liście paschalnym świętego Atanazego. Treść polskiego tłumaczenia tego tekstu czytelnik znajdzie tutaj.

Od razu rzuca się w oczy autorytatywność stwierdzeń Atanazego, a cały tekst można by podsumować w słowach: "MY mamy rację w sprawie kanonu, a kto się z nami nie zgadza, jest heretykiem".

Jedna z ciekawszych wypowiedzi znajduje się na samym początku listu:
"Ponieważ heretycy cytują apokryfy, które to zło było rozpowszechnione już wtedy, kiedy św. Łukasz napisał ewangelię, dlatego też uznałem za słuszne aby wykazać wyraźnie które księgi przyjęliśmy przez tradycję jako kanoniczne"

Chciałbym zwrócić uwagę na myśli zawarte w wyróżnionych pogrubioną czcionką fragmentach.

Co miał na myśli Atanazy, pisząc, że apokryfy były rozpowszechnione w czasach, kiedy Łukasz pisał swoją Ewangelię? Pierwsza możliwość jest taka, że Atanazy posiadał jakąś wiedzę historyczną na temat istnienia ksiąg apokryficznych w tamtych czasach, którą to wiedzą czerpał z bliżej nieznanych nam podań pozabiblijnych. Druga możliwość jest taka, że odnosi się do słów samego Łukasza, który na początku swojej ewangelii napisał:

"Ponieważ wielu podjęło się sporządzić opis tych wydarzeń,
co do których mamy zupełną pewność;
Tak jak nam je przekazali ci,
którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa;
Postanowiłem i ja, który to wszystko od początku dokładnie wybadałem,
opisać ci to po kolei, zacny Teofilu"

Ewangelia według Łukasza 1:1-3 (Uwspółcześniona Biblia Gdańska)

Jeśli to o te słowa chodziło Atanazemu, to można powiedzieć, że "strzelił sobie we własną stopę". Dlaczego?

Fakt, Łukasz przyznał, że w czasie, kiedy rozpoczął on redagować swoją Ewangelię, już "wielu podjęło się sporządzić opis tych wydarzeń". Występujące tutaj greckie słowo πολύς oznacza "wiele, sporą liczbę". Łukaszowi nie chodzi więc o Ewangelię Mateusza i Marka, które znajdują się wcześniej w naszych wydaniach Biblii. Użył słowa "wielu", które nie pasuje do liczby 2. Nie miał więc na myśli Ewangelii Mateusza i Marka, co do daty powstania których istnieją spory. Nawet, jeśli obie istniały przez Ewangelią Łukasza, to i tak jest ich za mało, żeby mówić o nich jako o "wielu". W każdym razie Ewangelia Jana jeszcze w tamtym czasie nie istniała. Łukasz przyznaje więc, że istniały inne, poza jego własnym, zarejestrowane doniesienia o życiu i działalności Jezusa z Nazaretu. Nie określa ich jednak, jak to zrobił Atanazy, mianem "heretyckich". W ogóle nic nie mówi o ich wiarygodności, a przecież była ku temu doskonała okazja. Wydaje się więc, że ewangelista Łukasz nic nie wiedział o żadnym "kanonie", który to termin został wymyślony wieki później.

Na kanon Atanazego powołują się często protestancki, uznając go niejako za "swój", ponieważ wyklucza on uznawane przez katolików tzw. księgi deuterokanoniczne. Ale jest tu problem. Otóż protestancki nie uznają za natchniony i nie czytują Listu Barucha, który to list stanowi dodatek do Księgi Jeremiasza. Atanazy uznawał to pismo za natchnione, protestanci je odrzucają. Kolejny "problem", który protestanci mogą mieć z kanonem Atanazego jest fakt, że nie uznawał on natchnienia Księgi Estery - uznawanej i czytywanej przez protestantów księgi Starego Testamentu. Dla protestantów mam więc radę: nie powołujcie się w swoich kłótniach z katolikami na kanon Atanazego, bo jest dla was bardzo niewygodny, nieprawdaż?

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Kilka ksiąg Starego Testamentu, które zostały przez Atanazego ujęte w kanonie, zawiera pewne dodatki, które są przedmiotem dyskusji o kanoniczności. Dla przykładu, w Septuagincie, na końcu Księgi Daniela znajdują się dodatkowe rozdziały. Atanazy nie wspomina nic na ten temat. Czy Atanazy uznawał te dodatki czy też nie? Na to pytanie bardzo trudno jest odpowiedzieć jednoznacznie.

Tak więc sprawa kanonu, jak widzicie, nie wygląda aż tak wspaniale, jakby się chciało...

Tuesday, December 25, 2012

Jezus nie urodził się 25 grudnia i kilka innych myśli o "Bożym Narodzeniu"

Obchodzimy dzisiaj tzw. Boże Narodzenie, czyli jak by na to nie spojrzeć - kolejną rocznicę urodzin Jezusa z Nazaretu.
Po pierwsze, nazwa tych świąt w języku polskim jest bardzo nieprawidłowa. Dlaczego? Ponieważ Bóg się nigdy nie urodził. Urodził się Jezus, który w dorosłych latach swojego życia okazał się być zapowiadanym Mesjaszem, lub po grecku Chrystusem. Angielska nazwa tych świąt jest prawidłowa. Słowo "Christmas" wskazuje na Chrystusa właśnie.
Po drugie, nie podoba mi się data tych świąt. Statystyczny chrześcijanin, zapytany o datę narodzin Chrystusa, prawdopodobnie bez zawahania poda 25 grudnia. Dlaczego? Ponieważ w świecie tzw. "kościoła zachodniego" (a Polska do tego świata należy) taką datę uznaje się za dzień wspominania narodzin Jezusa Mesjasza.

Nie jest tak bez przyczyny, oczywiście...W IV w. cesarz Rzymu - Konstantyn Wielki uznał chrześcijaństwo za religię państwową. Jego rodzina należała do wyznawców kultów solarnych, którzy święcili 25 grudnia jako szczególny dzień ku czci boga słońca, zwany "dniem narodzin boga słońca". Konstantyn pragnął dopasować chrześcijaństwo do już istniejących kultów, więc zastąpił boga słońca Chrystusem!

Jednak czy Jezus narodził się w Betlejem w grudniu?

Nie ma w Pismach Świętych bezpośredniego stwierdzenia, kiedy narodził się Chrystus, jednak występuje tam wystarczająco dużo informacji pozwalających na obliczenie tej daty choćby w przybliżeniu.

W Ewangelii według Łukasza 1:5 napisano, że ojciec Jana Chrzciciela - Zachariasz, służył w świątyni za zmiany kapłańskiej Abiasza, która była ósmą z kolei (por. 1Krn 24:10). Talmud podaje, że każda zmiana służyła przez okres 1 tygodnia. Biorąc pod uwagę, że rok żydowski zaczynał się w marcu/kwietniu, można wyliczyć, że Zachariasz służył w świątyni w czerwcu. Wtedy też Elżbieta - żona Zachariasza, zaszła w ciążę (por. Łuk 1:23-24). Kiedy była w szóstym miesiącu ciąży, Maria - kuzynka Elżbiety, poczęła w łonie Jezusa (por. Łuk 1:36). Było to w grudniu. Dziewięć miesięcy później, czyli we wrześniu, narodził się Jezus Nazarejczyk, zwany Chrystusem - Synem Boga Najwyższego. W tym czasie obchodzono żydowskie Święto Szałasów, które swoją symboliką wskazywało właśnie na przyjście Mesjasza. Nie stało się to więc przypadkiem. Święto Szałasów wypada w miesiącu Tiszri, a u nas jest to przełom września i października.
Lubię tzw. Boże Narodzenie. Podoba mi się panujący klimat. Lubię mieć wolne dni, mieć możliwość spędzenia czasu z rodziną, siedzieć w domu, podczas gdy na zewnątrz jest zimno i śnieżnie. Cieszę się, że takie święta mają miejsce.
Jest wielu chrześcijan, którzy określają się mianem "biblijnych", którzy starają się nadać tym Świętom bardziej "biblijnego" wymiaru. Koniecznie odczytują na przykład fragment Pisma Świętego mówiący o narodzeniu Jezusa. Robią jeszcze kilka innych rzeczy, aby nadać tym Świętom bardziej ortodoksyjnie chrześcijańskiego charakteru.
Przeoczają oni jednak fakt, że właśnie Jezus nie urodził się w grudniu. Jeśli chcą być tacy "biblijni" powinni obchodzić te Święta na przełomie września i października. Przeoczają również, że Biblia nigdzie nie nakazuje, ani nawet nie zachęca do obchodzenia jakiejkolwiek pamiątki narodzenia się Jezusa. Po co więc ją obchodzić?
Ja lubię te święta właśnie za to, że stały się uniwersalne. Nie są ani chrześcijańskie, ani niechrześcijańskie. Są miłym, przyjemnym okresem dla wierzących, agnostyków, ateistów. I niech takie zostaną. A jeśli ktoś chce obchodzić pamiątkę narodzenia Jezusa - niech robi to gdzieś pod koniec września lub na początku października.

Saturday, September 1, 2012

Czy Biblia jest Słowem Bożym?

Jeśli jesteś szczerze wierzącym chrześcijaninem, masz nadzieję przeczytać tutaj to, co chcesz przeczytać i co sprawi, że poczujesz się wygodnie. Pragniesz mianowicie, bym podał mnóstwo dowodów na to, że Biblia jest w całości Słowem Bożym i skwitował to tym, że cała Biblia jest na pewno od Boga, i że nie można mieć wątpliwości co do tego.

Tak nie będzie.

Nie będzie oczywistości. Jako istota obdarzona rozumem nie przyjmuję dogmatów. Nie uznaję żadnej rzeczy tylko dlatego, że ktoś tak powiedział. Nie przyjmuję żadnej doktryny tylko dlatego, że dużo ludzi tak wierzy. Nie podążam ślepo za wszystkim, co się mi mówi. Nad wszystkim się zastanawiam, a więc także, czy to oby na pewno prawda, że cała Biblia jest Słowem Bożym.

Co to jest Słowo Boże? Co należy przez to rozumieć? Słowo Boże to bezpośrednia wypowiedź Boga. Jeśli Bóg coś powiedział, to jest to Słowo Boże. Jeśli czegoś nie powiedział, to nie jest to Słowo Boże. Jeśli jakiś człowiek coś powiedział, to jest to słowo tego człowieka.

Jeśli chcę więc ocenić, czy jakaś wypowiedź jest Słowem Bożym, muszę mieć absolutną pewność, że powiedział to Bóg. Przemawiam teraz do ludzi, którzy uznają autorytet Biblii. Nie będę się więc wdawał w przekonywanie ateistów i agnostyków. Zwracam się do chrześcijan i innych ludzi, dla których Biblia jest jakimś autorytetem. W księgach prorockich (Izajasza, Jeremiasza, Ezechiela, Ozeasza i innych) prorocy rozpoczynali swoje przemówienia od słów: "Tak mówi Jahwe" lub podobnych. Jeśli wypowiedź rozpoczyna się w ten sposób, uznajemy, że to, co po tych słowach następuje, jest bezpośrednią wypowiedzią Boga. Fakt, że prorocy rozpoczynali swoje wypowiedzi formułą: "Tak mówi Jahwe" oraz kilka innych dowodów, na które nie ma miejsca w tym wpisie - to wszystko powoduje, że nie wątpię, iż takie słowa są rzeczywiście Słowem Bożym.

Ale Biblia składa się w dużej części z innego rodzaju wypowiedzi, a mianowicie narracji i pouczeń w formie kazań i aforyzmów. Czy opisy wydarzeń, wykładnie doktryn, których dokonywali apostołowie, a także mądrości wygłaszane przez starożytnych myślicieli i zapisane w Biblii, są Słowem Bożym? Otóż, tutaj mam wielkie wątpliwości.

Po pierwsze, ich autorzy nie utrzymywali, że to, co piszą, jest słowem Bożym. Autor np. Pierwszej Księgi Kronik nigdzie nie twierdzi, że jego księga to Słowo samego Boga. Po prostu opisał wydarzenia, które miały miejsce na terenie starożytnego Bliskiego Wschodu. Autor Księgi Koheleta również nigdzie nie utrzymuje, że wygłasza Słowo Boże. Wręcz przeciwnie - wszystko wskazuje na to, że przelewa na papier swoje własne rozważania. A Ewangelie? Również nie mamy potwierdzenia, aby ich autorzy twierdzili, że wszystko, co zapisują, było Słowem Boga. Łukasz Ewangelista przyznaje wprost, że jego dzieło jest wynikiem jego własnych badań. A Listy Apostolskie? Żaden apostoł nie utrzymywał, że jego listy to Słowo Boże. Każdy niemal list apostolski zaczyna się od podania autora i adresata. "Paweł, powołany z woli Bożej na apostoła Chrystusa Jezusa, i Sostenes, brat, zborowi Bożemu, który jest w Koryncie, poświęconym w Chrystusie Jezusie, powołanym świętym, wraz ze wszystkimi, którzy wzywają imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa na każdym miejscu, ich i naszym" (1 Kor. 1:1-2; Biblia Warszawska). Jest tu mowa o tym, że będziemy mieli do czynienia ze Słowem Bożym? Nie. Jest tu powiedziane, że będziemy mieli do czynienia ze słowem Pawła i niejakiego Sostenesa. To następcy autorów uznali list do Koryntian za Słowo Boże. Sami autorzy byli najwidoczniej tego nieświadomi. Widzisz? Apostołowie twierdzą sami, że to oni są autorami, a nie Bóg czy jego Mesjasz.

Co więc powiemy? Czy jest w takim razie sens poznawać te księgi, chociaż nie są Słowem Bożym? Oczywiście, że tak. Dlaczego? Ponieważ, po pierwsze, zawierają Słowo Boże. W Ewangeliach jest wiele cytatów przypisywanych Jezusowi, a to, co powiedział Jezus, to jest Słowo Boże. Jezus, w przeciwieństwie do apostołów i starożytnych myślicieli biblijnych, twierdził, że to, co mówi, jest Słowem Bożym. Po drugie, księgi te są natchnione przez Boga. Natchnione, a nie podyktowane. Bóg ich nie podyktował, lecz autorzy działali pod wpływem inspiracji Ducha Świętego. To, co napisali, zawiera tchnienie Boże, iskrę Bożego światła prawdy, ciepło Jego miłości. Chociaż nie jest to Słowo Boże, to jednak zawiera tchnienie Boże.

Nie zniechęcam więc nikogo do czytania Biblii. Wręcz przeciwnie - gorąco zachęcam. Jednak należy umieć rozróżnić pomiędzy tym, co jest Słowem Boga, a tym, co stanowi własne przemyślenia autorów, inspirowane przez Boga.

Saturday, June 23, 2012

Biblia: Dana przez Boga czy natchniona przez Boga

W sekcji Najczęściej Zadawanych Pytań, Steve Wells (twórca strony Sceptic's Annotated Bible, której celem jest obalanie Biblii) stwierdza:
Podobnie, jest rzeczą oczywistą dla każdego, kto poświęci czas na czytanie Biblii, że, czymkolwiek by ona nie była, nie jest księgą, która została natchniona przez dobrego, sprawiedliwego, kochającego i wszechwiedzącego boga.

Przeczytaj, proszę, słowa napisane tłustym drukiem. Widzisz? Autor tych słów stwierdza, że Biblia nie jest księgą , która została natchniona przez wszechwiedzącego Boga. Co on ma przez to na myśli? Przypuszczam, że chce on powiedzieć, że wbrew opinii znakomitej większości biblijnie wierzących chrześcijan, Biblia nie może być natchniona przez wszechwiedzącego Boga, ponieważ zawiera wiele błędów.

Problem nie dotyczy tutaj samego natchnienia, ponieważ Biblia naprawdę została natchniona. Prawdziwy problem brzmi: "Co on rozumie przez 'natchnienie'?". Co na prawdę oznacza słowo 'natchnienie'? Jak powinniśmy jej rozumieć? Oto są pytania!

Przypuszczam, że Steve Wells miesza koncepcję natchnienia i podyktowania. Problem polega na tym, że biblijnie wierzący chrześcijanie (i wielu innych ludzi również) widzą słowo 'natchnienie', ale rozumieją je jako 'podyktowanie'. Z tego powodu Steve Wells pisze, że Biblia nie mogła zostać podyktowana przez wszechwiedzącego Boga, ponieważ zawiera błędy, wiele błędów. Rozumie on jednak słowo 'natchniona' jako 'podyktowana'. Nie wierzę w 'podyktowanie' Biblii, ponieważ zawiera oczywiste błędy. Wierzę jednak, że została natchniona.

Stwierdźmy to jasno: Biblia nie została podyktowana. Biblia została natchniona.

Co naprawdę oznacza słowo 'natchnienie'?

Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego PWN natchnąć (a od tego czasownika pochodzi słowo 'natchnienie') to: 'poddać jakąś myśl, pomysł, pobudzić do działania, czynu, aktu twórczego; wzniecić, wzbudzić w kimś jakieś uczucie, wywołać nastrój'. Jest to dokładny odpowiednik użytego w łacińskim przekładzie omawianego wersetu słowa INSPIRO, które oznacza: 'dmuchać, oddychać'. Jak widać słowo 'natchnąć' nie ma w sobie znaczenia dyktowania czegoś komuś słowo po słowie, jak to jest powszechnie rozumiane. Natchnąć to nie podać myśl, ale poddać myśl. Natchnąć to nie udzielić gotowego tekstu, ale uruchomić w człowieku proces myślowy, który doprowadzi do stworzenia tekstu.


Dla bardziej wnikliwych podam informację na temat znaczeń wyrażeń występujących w wersji greckiej i aramejskiej fragmentu Drugiego Listu do Tymoteusza 3:16. W tekście greckim mamy tutaj wyrażenie θεοπνευστος, które oznacza 'natchniony przez Boga'. W wersji aramejskiej występuje wyrażenie , które oznacza 'napisane pod wpływem Ducha'.


Bóg nie podyktował Biblii słowo po słowie - zainspirował On autorów, wypełnić ich myślami, obrazami, wizjami, a oni napisali o tych przeżyciach swoimi własnymi słowami. Oto dlaczego Biblia zawiera błędy - jest tak dlatego, że została napisana przez ludzi, którzy byli jedynie natchnieni przez Boga, a nie owładnięci przez Niego.


Wiele można powiedzieć w tej materii, jednak na razie wystarczy. Nadejdzie czas, kiedy mam nadzieję potraktować ten temat głębiej...

Saturday, June 16, 2012

"Czy chrześcijanin powinien brać udział w pogrzebie?"

Jest taka funkcja w bloggerze, która pozwala na zobaczenie, jakiej frazy ktoś szukał i trafił na dany blog. Dosłownie przed chwilą zobaczyłem, że ktoś, kto trafił na mój blog szukał frazy: "Czy chrześcijanin powinien brać udział w pogrzebie?".

Zaniemówiłem. Zatkało mnie kompletnie. Jednak musiałem się przemóc i coś napisać, bo trzeba na coś takiego jak najszybciej reagować.

Statystyczny człowiek może w tym miejscu się zastanawiać: "W jakim celu ktoś szukał w sieci odpowiedzi na takie pytanie? Przecież odpowiedź jest oczywista". Oczywista jest dla osoby, która nie miała nigdy kontaktu z pewnymi odmianami protestantyzmu.

Istnieją kościoły, które określają się mianem "uświęceniowych". Składają się one z ludzi, którzy wierzą, że należy za wszelką cenę być innym od reszty. Widać to w ich stroju, sposobie zachowania. Są uczuleni zwłaszcza na wszelkie nawet potencjalne uprawianie bałwochwalstwa, czyli czci wobec czegokolwiek innego niż Bóg. Uważam, że założenie jest dobre, ale wykonanie najczęściej absurdalne. Na przykład ktoś się zastanawiał, czy jako "dobry" chrześcijanin powinien uczestniczyć w pogrzebie. Co mu przeszkadza w pogrzebie? Postaram się to wyjaśnić.

Podam kilka przykładów. Przez wielu takich chrześcijan posiadanie w domu ceramicznych małych słoników jest bałwochwalstwem, ponieważ słoniki mają związek z hinduizmem. Duszpasterze nakazują im wyrzucić je. Wielu za bałwochwalstwo uważa posiadanie w domu literatury innych religii. Wierzą, że te książki mogą przyciągać złe duchy. Jeśli ktoś miał w domu biżuterię ze znakami tao, symbolem Atlantów, czy jakimkolwiek innym symbolem religii innej niż chrześcijańska, to co powinien zrobić, zakładając, że chce się ich pozbyć? Może np. sprzedać lub przetopić, prawda? O, nie, nie, nie. Duszpasterze zalecą wyrzucić, bo jeśli sprzedasz, to otrzymane pieniądze będą nieczyste. Jeśli ktoś ma w domu książki dotyczące sztuk walki, ma je wyrzucić na śmieci. Nie może ich sprzedać na takiej samej zasadzie, jak w przypadku wspomnianej przeze mnie "bałwochwalczej" biżuterii. Kiedy kichniesz i ktoś powie "Na zdrowie", to nie odpowiadaj: "Dziękuję", bo wtedy weźmiesz czynny udział w zabobonie pogańskim. Nie wolno mówić "hura", bo ktoś tam znalazł, że jest to starożytna inwokacja do jakiegoś bóstwa. Noszenie obrączki też ma podobno związek z kultem jakiegoś boga. Takich absurdów mógłbym wymieniać więcej, ale nie o to tu chodzi.

Teraz możemy przejść do wyjaśnienia, dlaczego w głowie kogoś, kto należy do jednej z takich grup, mogły się pojawić wątpliwości, czy powinien uczestniczyć w czyimś pogrzebie. Oczywiście problemu nie ma, jeśli chodzi o pogrzeb, który będzie się odbywał według "legalnego" obrządku. Temu komuś chodziło prawdopodobnie o to, czy jako "dobry" chrześcijanin powinien uczestniczyć w pogrzebie innego wyznania, np. katolickiego. I jestem pewien, że znajdą się tacy, którzy odradzą mu pójście, ponieważ istnieje zagrożenie, że będzie uczestnikiem "bałwochwalczego" kultu, a potem z tego powodu zaczną go nawiedzać demony.

Smutna, lecz prawdziwe jest to, że coś takiego ma miejsce. Nie ma to nic wspólnego z prawdziwą religią, wbrew zapewnieniom piewców takich "prawd". Jest to zewnętrzny, faryzejski pozór pobożności, którzy wyrządza szkodę prawdziwej, wewnętrznej, oświeconej, duchowej religii, ponieważ ludzie patrząc na takich "świętoszków" zniechęcają się do służenia Jedynemu, Prawdziwemu Bogu.