Saturday, June 23, 2012

Biblia: Dana przez Boga czy natchniona przez Boga

W sekcji Najczęściej Zadawanych Pytań, Steve Wells (twórca strony Sceptic's Annotated Bible, której celem jest obalanie Biblii) stwierdza:
Podobnie, jest rzeczą oczywistą dla każdego, kto poświęci czas na czytanie Biblii, że, czymkolwiek by ona nie była, nie jest księgą, która została natchniona przez dobrego, sprawiedliwego, kochającego i wszechwiedzącego boga.

Przeczytaj, proszę, słowa napisane tłustym drukiem. Widzisz? Autor tych słów stwierdza, że Biblia nie jest księgą , która została natchniona przez wszechwiedzącego Boga. Co on ma przez to na myśli? Przypuszczam, że chce on powiedzieć, że wbrew opinii znakomitej większości biblijnie wierzących chrześcijan, Biblia nie może być natchniona przez wszechwiedzącego Boga, ponieważ zawiera wiele błędów.

Problem nie dotyczy tutaj samego natchnienia, ponieważ Biblia naprawdę została natchniona. Prawdziwy problem brzmi: "Co on rozumie przez 'natchnienie'?". Co na prawdę oznacza słowo 'natchnienie'? Jak powinniśmy jej rozumieć? Oto są pytania!

Przypuszczam, że Steve Wells miesza koncepcję natchnienia i podyktowania. Problem polega na tym, że biblijnie wierzący chrześcijanie (i wielu innych ludzi również) widzą słowo 'natchnienie', ale rozumieją je jako 'podyktowanie'. Z tego powodu Steve Wells pisze, że Biblia nie mogła zostać podyktowana przez wszechwiedzącego Boga, ponieważ zawiera błędy, wiele błędów. Rozumie on jednak słowo 'natchniona' jako 'podyktowana'. Nie wierzę w 'podyktowanie' Biblii, ponieważ zawiera oczywiste błędy. Wierzę jednak, że została natchniona.

Stwierdźmy to jasno: Biblia nie została podyktowana. Biblia została natchniona.

Co naprawdę oznacza słowo 'natchnienie'?

Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego PWN natchnąć (a od tego czasownika pochodzi słowo 'natchnienie') to: 'poddać jakąś myśl, pomysł, pobudzić do działania, czynu, aktu twórczego; wzniecić, wzbudzić w kimś jakieś uczucie, wywołać nastrój'. Jest to dokładny odpowiednik użytego w łacińskim przekładzie omawianego wersetu słowa INSPIRO, które oznacza: 'dmuchać, oddychać'. Jak widać słowo 'natchnąć' nie ma w sobie znaczenia dyktowania czegoś komuś słowo po słowie, jak to jest powszechnie rozumiane. Natchnąć to nie podać myśl, ale poddać myśl. Natchnąć to nie udzielić gotowego tekstu, ale uruchomić w człowieku proces myślowy, który doprowadzi do stworzenia tekstu.


Dla bardziej wnikliwych podam informację na temat znaczeń wyrażeń występujących w wersji greckiej i aramejskiej fragmentu Drugiego Listu do Tymoteusza 3:16. W tekście greckim mamy tutaj wyrażenie θεοπνευστος, które oznacza 'natchniony przez Boga'. W wersji aramejskiej występuje wyrażenie , które oznacza 'napisane pod wpływem Ducha'.


Bóg nie podyktował Biblii słowo po słowie - zainspirował On autorów, wypełnić ich myślami, obrazami, wizjami, a oni napisali o tych przeżyciach swoimi własnymi słowami. Oto dlaczego Biblia zawiera błędy - jest tak dlatego, że została napisana przez ludzi, którzy byli jedynie natchnieni przez Boga, a nie owładnięci przez Niego.


Wiele można powiedzieć w tej materii, jednak na razie wystarczy. Nadejdzie czas, kiedy mam nadzieję potraktować ten temat głębiej...

Saturday, June 16, 2012

"Czy chrześcijanin powinien brać udział w pogrzebie?"

Jest taka funkcja w bloggerze, która pozwala na zobaczenie, jakiej frazy ktoś szukał i trafił na dany blog. Dosłownie przed chwilą zobaczyłem, że ktoś, kto trafił na mój blog szukał frazy: "Czy chrześcijanin powinien brać udział w pogrzebie?".

Zaniemówiłem. Zatkało mnie kompletnie. Jednak musiałem się przemóc i coś napisać, bo trzeba na coś takiego jak najszybciej reagować.

Statystyczny człowiek może w tym miejscu się zastanawiać: "W jakim celu ktoś szukał w sieci odpowiedzi na takie pytanie? Przecież odpowiedź jest oczywista". Oczywista jest dla osoby, która nie miała nigdy kontaktu z pewnymi odmianami protestantyzmu.

Istnieją kościoły, które określają się mianem "uświęceniowych". Składają się one z ludzi, którzy wierzą, że należy za wszelką cenę być innym od reszty. Widać to w ich stroju, sposobie zachowania. Są uczuleni zwłaszcza na wszelkie nawet potencjalne uprawianie bałwochwalstwa, czyli czci wobec czegokolwiek innego niż Bóg. Uważam, że założenie jest dobre, ale wykonanie najczęściej absurdalne. Na przykład ktoś się zastanawiał, czy jako "dobry" chrześcijanin powinien uczestniczyć w pogrzebie. Co mu przeszkadza w pogrzebie? Postaram się to wyjaśnić.

Podam kilka przykładów. Przez wielu takich chrześcijan posiadanie w domu ceramicznych małych słoników jest bałwochwalstwem, ponieważ słoniki mają związek z hinduizmem. Duszpasterze nakazują im wyrzucić je. Wielu za bałwochwalstwo uważa posiadanie w domu literatury innych religii. Wierzą, że te książki mogą przyciągać złe duchy. Jeśli ktoś miał w domu biżuterię ze znakami tao, symbolem Atlantów, czy jakimkolwiek innym symbolem religii innej niż chrześcijańska, to co powinien zrobić, zakładając, że chce się ich pozbyć? Może np. sprzedać lub przetopić, prawda? O, nie, nie, nie. Duszpasterze zalecą wyrzucić, bo jeśli sprzedasz, to otrzymane pieniądze będą nieczyste. Jeśli ktoś ma w domu książki dotyczące sztuk walki, ma je wyrzucić na śmieci. Nie może ich sprzedać na takiej samej zasadzie, jak w przypadku wspomnianej przeze mnie "bałwochwalczej" biżuterii. Kiedy kichniesz i ktoś powie "Na zdrowie", to nie odpowiadaj: "Dziękuję", bo wtedy weźmiesz czynny udział w zabobonie pogańskim. Nie wolno mówić "hura", bo ktoś tam znalazł, że jest to starożytna inwokacja do jakiegoś bóstwa. Noszenie obrączki też ma podobno związek z kultem jakiegoś boga. Takich absurdów mógłbym wymieniać więcej, ale nie o to tu chodzi.

Teraz możemy przejść do wyjaśnienia, dlaczego w głowie kogoś, kto należy do jednej z takich grup, mogły się pojawić wątpliwości, czy powinien uczestniczyć w czyimś pogrzebie. Oczywiście problemu nie ma, jeśli chodzi o pogrzeb, który będzie się odbywał według "legalnego" obrządku. Temu komuś chodziło prawdopodobnie o to, czy jako "dobry" chrześcijanin powinien uczestniczyć w pogrzebie innego wyznania, np. katolickiego. I jestem pewien, że znajdą się tacy, którzy odradzą mu pójście, ponieważ istnieje zagrożenie, że będzie uczestnikiem "bałwochwalczego" kultu, a potem z tego powodu zaczną go nawiedzać demony.

Smutna, lecz prawdziwe jest to, że coś takiego ma miejsce. Nie ma to nic wspólnego z prawdziwą religią, wbrew zapewnieniom piewców takich "prawd". Jest to zewnętrzny, faryzejski pozór pobożności, którzy wyrządza szkodę prawdziwej, wewnętrznej, oświeconej, duchowej religii, ponieważ ludzie patrząc na takich "świętoszków" zniechęcają się do służenia Jedynemu, Prawdziwemu Bogu.

Czy twój pastor powinien odejść ze stanowiska? Wprowadzenie

Tym wpisem rozpoczynam cały cykl wpisów poświęcony wymaganiom, jakim MUSI sprostać pastor, aby móc dalej być pastorem i udowadniam, że jeśli któremukolwiek z tych wymagań nie jest w stanie sprostać - MUSI odejść ze sprawowanego stanowiska.

Skąd ja sobie to wziąłem? Drodzy bracia i siostry, wziąłem to sobie z Biblii, z Nowego Testamentu. O cechach, jakie MUSI posiadać osoba, chcąca się zajmować duszpasterstwem, wypowiedział się autor Pierwszego Listu do Tymoteusza, na początku rozdziału trzeciego:

Powiedzenie to jest prawdziwe:
"Jeśli ktoś ubiega się o to, aby być starszym,
pragnie dobrej pracy".
Starszy ma być człowiekiem bez zarzutu,
mężem jednej żony, posiadać czujny umysł,
być cnotliwy i uporządkowany,
ma kochać gości i być zdolny do nauczania...

Różnie jest z wykonaniem tych słów przez chrześcijan, którzy określają się mianem "biblijnych", czyli takich, dla których Biblia i jedynie ona jest autorytetem. Jedni uważają, że cechy, które wymienia Paweł są pożądane, ale jak niektórych zabraknie, to nic złego się nie stanie. Drudzy uważają, że przy wyborze pastora należy sprawdzić, czy spełnia on wszystkie te wymagania. Właśnie - przy wyborze. A później bywa różnie. Często jest tak, że przy wyborze dany kandydat jest zdeterminowany, aby zostać pastorem, więc pracuje nad swoim charakterem i postępowaniem i dba o to, aby przejawiać wyliczone tutaj cechy. Ludzie go wybierają, czas mija i blask gaśnie. Właśnie, i co teraz robić? Co robić, jeśli pastor z kilku lub kilkudziesięcioletnim stażem nie wykazuje już tych przymiotów, o których apostoł Paweł napisał, że starszy ma posiadać?

Zdecydowana, znakomita większość powie, że pastora nie wolno tknąć; że jedynie Bóg może go odwołać; że absolutnie nie wolno nikomu go zdjąć ze stanowiska. Mówią, że jest "pomazańcem Pana". Powołują się na fakt, że Dawid nie zrobił nic, aby usunąć Saula z tronu, ponieważ uważał, że "nie można tknąć pomazańca Pana". Zgadzam się z podejściem Dawida. Trzeba jednak zaznaczyć, że było to w czasach Starego Testamentu. Wtedy "pomazańcami Pana", czyli ludźmi namaszczonymi Duchem Świętym, mogli być jedynie przedstawiciele następujących grup społecznych: królowie, kapłani i prorocy. Ale dzisiaj mamy czasy Nowego Testamentu i właśnie w Nowym Testamencie czytamy, że WSZYSCY jesteśmy "pomazańcami Pana"; WSZYSCY bez wyjątku. Nie ma prawdziwych i prawdziwszych "pomazańców". Pastor nie jest nikim większym niż reszta członków kościoła. Nie ma żadnych szczególnych przywilejów, przynajmniej apostołowie byli tego zdania. Pastor nie jest lepszym rodzajem człowieka wierzącego.

Co więc zrobić, kiedy już urzędujący pastor nie przejawia cech opisanych przez Pawła? Czytamy przecież, że: "Starszy (czyli pastor, prezbiter czy jakkolwiek się ich nie nazywa) MA BYĆ taki, taki i taki". Ma być. Nie jest napisane, że powinien być. Nie jest napisane, że ma być w chwili wyboru. On ma taki zawsze być. Zawsze. A jak nie jest? Jak nie jest, to sprzeciwia się Bożemu postanowieniu i porządkowi, a kościół powinien kolegialnie usunąć go ze sprawowanego stanowiska.


Przemądra maksyma chrześcijańska o miłości

Nie mogłem się zdecydować, na którym z moich blogów umieścić ten wpis. Ostatecznie umieszczę go tutaj, na blogu poświęconym wczesnemu chrześcijaństwu. Dlaczego? Otóż, ten blog ma nie tylko na celu przedstawienie, jak chrześcijaństwo wyglądało u swojego zarania, lecz także pokazywać różne doktryny, które dzisiaj się wyznaje, a które znacząco odbiegają od tego, co podoba się Bogu.

Jakiś czas temu mój znajomy umieścił na swojej tablicy na Facebooku następujący wpis:

„Synu, nigdy nie mów kobiecie, że ją kochasz, jeżeli w następnym zdaniu nie poprosisz jej, by została twoją żoną”
Philip Howard

Dzisiaj, w chwili, kiedy umieszczam te słowa na moim blogu, wpisu na tablicy mojego znajomego już nie ma. Może przemyślał treść tych słów i wycofał się z popierania takich wątpliwej jakości idei. Jeśli tak, to gratuluję.

Wpis mojego znajomego do razu polubiło go wielu protestanckich chrześcijan. Generalnie protestanccy chrześcijanie od razu popierają wszystko, co ma znamiona rygorystycznej pobożności. Właściwie to im bardziej coś jest rygorystyczne, tym bardziej ochoczo jest przez nich popierane.

Przeczytajmy więc jeszcze raz to zdanie: "Synu, nigdy nie mów kobiecie, że ją kochasz, jeżeli w następnym zdaniu nie poprosisz jej, by została twoją żoną". Moim zdaniem w tym zdaniu nie ma nic z Bożej mądrości - tchnie jedynie potężną dawką szkodliwego fundamentalizmu.

Wiedzmy, że kiedy głosi się takie rzeczy, należy się spodziewać, że znajdzie się niemało ludzi, którzy będą według tego postępować. Nieprawdopodobne? Otóż, znam ludzi, którzy chętnie chwytają takie hasła i według nich żyją. Wyobraźmy sobie więc, co by się stało, gdyby te słowa wprowadzić w czyn.

Mamy młodego mężczyznę i młodą kobietę. Obracają się w takim "pobożnym" chrześcijańskim towarzystwie, które głosi m.in. hasło, którym zajmuję się w tym wpisie. Mężczyzna poczuł coś do kobiety. W takich kręgach, w których wyznaje się hasła w stylu tego, o którym mówimy, raczej nie ma mowy o afiszowaniu się ze swoimi uczuciami. Po prostu w takich grupach chrześcijańskich te rzeczy idą w parze. Mężczyzna kocha kobietę, ale ta nie ma o tym pojęcia, a nawet jeśli dostrzega jakieś objawy jego uczucia, to są one tak subtelne, że nie jest pewna, czy nie jest to z jego strony zwykła uprzejmość.

Mężczyzna jest oczywiście posłuszny maksymie Philipa Howarda - żadnego mówienia o uczuciach, dopóki nie mam zamiaru się oświadczyć. I tak mijają dni, miesiące, a może nawet lata, a dziewczyna nadal nie ma pojęcia o jego uczuciach.

W końcu nadchodzi wielki moment. Kupuje on pierścionek zaręczynowy i umawia się z dziewczyną, która totalnie nie wie, o co chodzi. Wtedy mówi jej, że ją kocha, a za chwilę, zgodnie z nauką pana Howarda, prosi ją o rękę. Zdziwienie dziewczyny jest raczej nie do oddania w słowach. Są dwie możliwości: albo dziewczyna się spłoszy albo po prostu będzie czekał na odpowiedź kilka miesięcy, co by mnie wcale nie zdziwiło, zważywszy na fakt, że dość ją zaskoczył.

Ale może panu Howardowi chodziło jeszcze o coś innego. Jeśli tak, to na przyszłość proponuję piewcom jego nauk podawać jego słowa w szerszym kontekście, żeby uniknąć możliwości przechwycenia hasła przez fundamentalistów i oszczędzić cierpień wielu osobom, które ze szczerego serca są posłuszne takim przesadnie surowym normom moralnym.

Mogło mu mianowicie chodzić o to, że spotykająca się młoda para mówi sobie, że się lubi, szanuje, podziwia, ale nie wolno mówić o miłości. Przenigdy. O miłości może powiedzieć jedynie mężczyzna i to w chwili poprzedzającej oświadczyny. Ale czemu ma to niby służyć? Jaki to ma cel? Czy chodzi o to, żeby uchronić słowo "kocham" przed utratą znaczenia i wyświechtaniem? A może o to, że jest ono niby zarezerwowane dla narzeczeństwa i małżeństwa? Czemu w ogóle mam się domyślać takich rzeczy?

 Takie faryzejskie zasady, wzięte znikąd reguły postępowania nieomal zrujnowały mój związek, dlatego będę z nimi walczył piórem i słowem na ile będę potrafił. Opamiętajcie się ludzie. Nie macie prawa narzucać narzucać na miłość więzów ponad to, czego chce Bóg. Na szczęście nikt prawdziwie oddany Bogu człowiek, dla którego ważniejsza jest wewnętrzna dojrzała duchowość niż zewnętrzna mająca jedynie pozory mądrości forma, nie będzie tego słuchał. Dlatego robię wszystko, aby zrujnować modę na noszenie ze sobą faryzejskiej skorupy i wprowadzam modę na noszenie delikatnej szaty zrównoważonego, racjonalnego, oświeconego chrześcijaństwa.