Saturday, January 26, 2013

Moc świadectwa. Świadectwo protestanckie

Chrześcijańska, a najbardziej protestancka, część moich odbiorców już po samym tytule mniej więcej spodziewa się, o czym będzie wpis. Reszta nie ma pojęcia, co mam na myśli pisząc "świadectwo"...

Otóż, dla chrześcijan "świadectwo" to żargonowe określenie historii, opowiadającej o tym, jak to ktoś stał się "prawdziwie" wierzący, przy czym "prawdziwie" będzie dla każdego odłamu chrześcijaństwa znaczyło co innego. Najprościej mówiąc: "prawdziwie" wierzący chrześcijanin to taki, który należy do mojego odłamu.

Protestanckie świadectwa to historie konwersji na protestantyzm ogólnie, a w szczególności na specyficzną odmianę protestantyzmu, która nazywa się chrześcijaństwem ewangelicznym. Jest mowa o tym, jak ktoś był ateistą, katolikiem, Żydem, muzułmaninem, hindusem lub narkomanem, pijakiem, seksoholikiem i stał się protestantem. Zasada jest taka: im bardziej spektakularna jest opowieść, tym lepiej. Taką przynajmniej zasadę zauważyłem, będąc członkiem dwóch protestanckich kościołów i gościem wielu więcej. Zwróciłem uwagę na to, że jeśli ktoś był po prostu normalnym człowiekiem, prowadził się moralnie, a następnie spodobała mu się doktryna protestancka i z tegoż powodu przyłączył się do tego odłamu, ma niewielkie szanse na stanie się większym autorytetem w sprawach wiary dla członków swojej wspólnoty. Największym autorytetem (a ocenę tę opieram wyłącznie na moich obserwacjach) cieszą się ludzie, którzy zanim stali się "prawdziwymi" chrześcijanami byli: alkoholikami, narkomanami, czarownikami, członkami zorganizowanych grup przestępczych, byli uzależnieni od pornografii, seksu, hazardu, itp. Świadectwa takich ludzi będą głoszone z kazalnic, jak również kolportowane w postaci artykułów, książek i broszur, będą w telewizji, będą chodzić po szkołach. Jednym słowem: to oni będą stać na świeczniku. Jeżeli natomiast ktoś, jak już wspomniałem, żył w sposób uczciwy, pokojowy, zgodny z prawem i dobrymi obyczajami, podzieli los szarej myszy pod miotłą - nie będzie miał żadnego konkretnego udziału w rozwoju teologii swojej wspólnoty.

Protestant, czytający to, co teraz pisze, pewnie użyje trzech koronnych argumentów przeciwko temu, co mówię.

Po pierwsze, powie, że ludzie z ciemną przeszłością "dzielą się swoimi świadectwami", aby oddać chwałę Bogu za to, że zmienił ich życie i pokazać innym ludziom, jakich cudownych rzeczy Bóg może dokonać.

A ja odpowiem w ten sposób:

Słusznie, należy na przykładzie ich historii pokazywać ludziom, że Bóg potrafi wyciągać człowieka z tarapatów, leczyć go z nałogów, zmieniać jego charakter. Jestem za. Nie wolno jednak popadać w skrajność, polegającą na tym, że posługa kaznodziejska staje się wyłączną domeną ludzi z pogmatwaną przeszłością. Z takim status quo jest kilka problemów. Po pierwsze, kiedy przywódcy składają się prawie wyłącznie z ludzi o trudnej przeszłości, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że wspólnota będzie prowadzona tak, jakby wszyscy taką przeszłość mieli. Wszystkich będzie się traktować jak byłych narkomanów, alkoholików i bandytów. Po drugie, sprawia się wrażenie, że możliwość publicznego przemawiania w kościele jest nagrodą za picie, ćpanie i problemy z policją w "starym życiu". Po trzecie, epatowanie złem minionych dni jest rodzajem kultu grzechu.

Drugi argument protestanta, który czyta te moje wywody, jest następujący: "A dlaczego tak ci zależy na tym, by ludzie, którzy przed nawróceniem (na protestantyzm - przypis mój) nie mieli w życiu większych kłopotów, byli na świeczniku? Chrześcijanin nie powinien dążyć do takich rzeczy. Tacy ludzie mogą się modlić o tych, którzy zajmują się kaznodziejstwem".

Częściowo odpowiedziałem na to w swojej odpowiedzi na pierwszy argument. Dodatkowo powiem tak: Widzisz, protestancie drogi, Tobie może zależeć na upychaniu kazalnic ludźmi z podejrzaną przeszłością, a mi nie może zależeć na umieszczeniu na świeczniku ludzi, którzy całe życia starali się być w porządku? Stosujesz podwójne normy i ten Twój argument jest klasycznym "odwracaniem kota ogonem". 

Trzeci argument dyskutującego ze mną protestanta jest taki: "Fakt, że ktoś nie miał kłopotów z nałogami, prawem i dobrymi obyczajami, nie oznacza, że nie był pogrążony w innych, niewidocznych grzechach" (Dla niewtajemniczonych dodam, że protestanci uważają, że człowiek grzeszy tysiące razy w ciągu dnia, o 90% swoich grzechów nie ma zielonego pojęcia, co i tak nie zmienia faktu, że jest upadłym grzesznikiem, i choćby nie wiem, jak bardzo nad sobą pracował, to i tak będzie grzeszył tysiące razy w ciągu dnia). A ja odpowiem krótko: "Skoro był pogrążony w niewidocznych grzechach, to dlaczego go nie wciskacie do telewizji i innych środków przekazu, jak to robicie w przypadku były narkomanów, alkoholików i bandytów, i nie pozwolicie mu oddać chwały Bogu za to, że wyciągnął go z ogromu tych grzechów?". Na to moje pytanie najczęściej nie ma odpowiedzi...

Atanazy i jego kanon Biblii


O co w ogóle chodzi? Już tłumaczę, ponieważ nie każdy odwiedzający tego bloga musi wiedzieć, z czym należy skojarzyć słowo "kanon".

Słowo "kanon" oznacza (pośród wielu innych jego znaczeń) ustalony przez kościół zbiór ksiąg, który ten kościół uznaje za natchnione, a raczej za podane przez Boga. Słowo "kanon" odnosi się więc do składu Biblii, czyli Starego i Nowego Testamentu.

Kanonów u zarania dziejów chrześcijaństwa było wiele i różniły się od siebie. Ciekawych odnoszę do interesującego artykułu http://watchtower.org.pl/iszbin/kanonNT.htm.

Tekst mówi o tym, jak bardzo różne księgi były uznawane za natchnione lub odrzucane w różnych częściach chrześcijańskiego świata. Przyszedł jednak czas, że grupa ludzi wymyśliła sobie, że te a nie inne księgi są dobre, a pozostałe są albo podejrzane albo całkowicie złe. Pogląd ten został wyrażony XXXIX Liście paschalnym świętego Atanazego. Treść polskiego tłumaczenia tego tekstu czytelnik znajdzie tutaj.

Od razu rzuca się w oczy autorytatywność stwierdzeń Atanazego, a cały tekst można by podsumować w słowach: "MY mamy rację w sprawie kanonu, a kto się z nami nie zgadza, jest heretykiem".

Jedna z ciekawszych wypowiedzi znajduje się na samym początku listu:
"Ponieważ heretycy cytują apokryfy, które to zło było rozpowszechnione już wtedy, kiedy św. Łukasz napisał ewangelię, dlatego też uznałem za słuszne aby wykazać wyraźnie które księgi przyjęliśmy przez tradycję jako kanoniczne"

Chciałbym zwrócić uwagę na myśli zawarte w wyróżnionych pogrubioną czcionką fragmentach.

Co miał na myśli Atanazy, pisząc, że apokryfy były rozpowszechnione w czasach, kiedy Łukasz pisał swoją Ewangelię? Pierwsza możliwość jest taka, że Atanazy posiadał jakąś wiedzę historyczną na temat istnienia ksiąg apokryficznych w tamtych czasach, którą to wiedzą czerpał z bliżej nieznanych nam podań pozabiblijnych. Druga możliwość jest taka, że odnosi się do słów samego Łukasza, który na początku swojej ewangelii napisał:

"Ponieważ wielu podjęło się sporządzić opis tych wydarzeń,
co do których mamy zupełną pewność;
Tak jak nam je przekazali ci,
którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa;
Postanowiłem i ja, który to wszystko od początku dokładnie wybadałem,
opisać ci to po kolei, zacny Teofilu"

Ewangelia według Łukasza 1:1-3 (Uwspółcześniona Biblia Gdańska)

Jeśli to o te słowa chodziło Atanazemu, to można powiedzieć, że "strzelił sobie we własną stopę". Dlaczego?

Fakt, Łukasz przyznał, że w czasie, kiedy rozpoczął on redagować swoją Ewangelię, już "wielu podjęło się sporządzić opis tych wydarzeń". Występujące tutaj greckie słowo πολύς oznacza "wiele, sporą liczbę". Łukaszowi nie chodzi więc o Ewangelię Mateusza i Marka, które znajdują się wcześniej w naszych wydaniach Biblii. Użył słowa "wielu", które nie pasuje do liczby 2. Nie miał więc na myśli Ewangelii Mateusza i Marka, co do daty powstania których istnieją spory. Nawet, jeśli obie istniały przez Ewangelią Łukasza, to i tak jest ich za mało, żeby mówić o nich jako o "wielu". W każdym razie Ewangelia Jana jeszcze w tamtym czasie nie istniała. Łukasz przyznaje więc, że istniały inne, poza jego własnym, zarejestrowane doniesienia o życiu i działalności Jezusa z Nazaretu. Nie określa ich jednak, jak to zrobił Atanazy, mianem "heretyckich". W ogóle nic nie mówi o ich wiarygodności, a przecież była ku temu doskonała okazja. Wydaje się więc, że ewangelista Łukasz nic nie wiedział o żadnym "kanonie", który to termin został wymyślony wieki później.

Na kanon Atanazego powołują się często protestancki, uznając go niejako za "swój", ponieważ wyklucza on uznawane przez katolików tzw. księgi deuterokanoniczne. Ale jest tu problem. Otóż protestancki nie uznają za natchniony i nie czytują Listu Barucha, który to list stanowi dodatek do Księgi Jeremiasza. Atanazy uznawał to pismo za natchnione, protestanci je odrzucają. Kolejny "problem", który protestanci mogą mieć z kanonem Atanazego jest fakt, że nie uznawał on natchnienia Księgi Estery - uznawanej i czytywanej przez protestantów księgi Starego Testamentu. Dla protestantów mam więc radę: nie powołujcie się w swoich kłótniach z katolikami na kanon Atanazego, bo jest dla was bardzo niewygodny, nieprawdaż?

Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Kilka ksiąg Starego Testamentu, które zostały przez Atanazego ujęte w kanonie, zawiera pewne dodatki, które są przedmiotem dyskusji o kanoniczności. Dla przykładu, w Septuagincie, na końcu Księgi Daniela znajdują się dodatkowe rozdziały. Atanazy nie wspomina nic na ten temat. Czy Atanazy uznawał te dodatki czy też nie? Na to pytanie bardzo trudno jest odpowiedzieć jednoznacznie.

Tak więc sprawa kanonu, jak widzicie, nie wygląda aż tak wspaniale, jakby się chciało...